Studzieniec

i Andrzej Wilczak

Przygoda zaczęła się w 1988, kiedy wybierałem szkołę po podstawówce. Ja chciałem być ... hydraulikiem, ale mama, że to zawodówka. Jej marzenia były liceum, technikum. W końcu poszedłem do szkoły dla zesłańców, bo takim miejscem wówczas było Technikum Rolnicze w Studzieńcu. Poźniej zmienił się vice dyrektor i zaczęły się cuda, a jak został dyrektorem p. Kaliński to szkoła stała się jedną z najlepszym w okolicy. Fakt może to też pieniądze podarowane przez ukrywającego się w czasie okupacji człowieka pochodzenia żydowskiego, ale z plotek pamiętam, że i tak tylko część pieniędzy trafiło do szkoły. Mimo afery ponad połowa wsiękła w Ministerstwie Rolnictwa. To tylko plotki, ale jak ktoś wscibski może poszperać.
Szkoła w dawnym palacyku. W pierwszym roku zrobiłem dobre wrażenie, choć w ostatnie dni się popisałem i mało co nie zostałem wydalony dyscyplinarnie. Kolejne lata jednak pomogły zamazać złe wspomnienia.
Później uczyła tam też i Agata - moja siostra.
Teraz nie mam kontaktów z ludźmi, z którymi się uczyłem, jak również z tymi, którzy mnie uczyli.
Pan Szadkowski - polonista, którego polubiłem podczas rowerowych wypraw szkolnego PTTK, a później podczas wędrówek do szkoły. Zimą '92/'93 kiedy popsuł mu się samochód skorzystał z rady lekarza w zakresie spacerów. W ten sposób, po trasie byłem codziennie przemaglowany zanim dotarłem na lekcje. Za to w efekcie przyswoiłem więcej i lepiej niż bym przypuszczał. Sama matura nie poszła mi super ... orty niestety. Na ustnej było prościej, choć i tak nie trafiłem na swoje pytania.
Pani Kalińska - chemiczka. W końcu ulubionej chemii nie zdawałem na maturze, z obawy przed ekstremalnymi zadaniami, bo zwykle miałem inny zestaw pytań niż pozostali.
Maturę '93 ustną, dodatkową zdawałem z geografii. Z góry wygrany temat i z uwagi na przedmiot i podejście. Poza tym zakres materiału nie był niczym wyszukanym - w sumie teraz w turystyce pracuję.

napisał, Andrzej Wilczak